piątek, 28 marca 2008

MOJA WIELKANOC NA OBCZYŻNIE










Czasem wydaje się, że świeta to tylko wielkie obżarstwo, siedzenie przy stole inic nie robienie, natretne ciotki które pytają co i jak, o studia o plany na przyszłość, serduchowe sprawy. Ale jak się jest gdzieś daleko to ta zwyczajność świat ma inny wymiar i w tej zwyczajności odnajduje się magie i niezwykłość. No i mi tego bardzo brakowało, ale na szczęście udało nam się jakoś zorganizować i wielkanocne śniadanko w gronie około 30 osób – głównie Polaków było niesamowite. W sobote pojechaliśmy na koniec Lizbonki na świecenie pokarmów, bo ogólnie Portugalczycy nie mają tego zwyczaju, ale udało nam się znależć miesce gdzie było polskie świecenie pokarmów po polsku ;-) więc w sobote koszyczek a potewm wielkie gotowanie, ja sałatke robiłam- i chyba dla pułku armii by starczyło. W niedziele śniadanko było u nas w residence, około 30 osób każdu coś przyniósł więc wyżerka była naprawdę peirwsza klasa, jajeczka faszerowane, polskie kabanoski, salatki, barszczyk biały, ful wypas, nawet wloskie specjały były ;-)) No a potem z pełnymi brzuszkami spacerek po Lizbonce, co by się poruszac troszke, a wieczorkiem znów wielka ekipa uderzyliśmy do Kosciolka na msze- po portugalsku, of kors, bo angielkie to tu ciezko znalezc, a polska tylko raz w miesiacu w jednym kosciele i to na koncu miasta.

1 komentarz:

joanKa (!) pisze...

malwi twojego brachola jak z krk wyjezdzalam spotkalam i mowil ze cie brakowalo w swieta! no ale dobrze ze tak swietnie ten czas spedzilas:)) jedzenia to faktycznie bylo jak dla polku armi:)))) wypasik po calosci - a w ogole to szacun za determinacje w przezywaniu wielkanocy:)udalo sie jak widac:))) baci